Przebrnęłam przez nią - to chyba najtrafniej określa moje odczucia po przeczytaniu tej książki. Po tę książkę miałam zamiar sięgnąć już kilka razy, ale zawsze na półce było coś przyjemniejszego, mniej wymagającego, weselszego. Niedawno jednak wykładowca polecił nam ją przeczytać, tak więc nie miałam już wymówek musiała po nią sięgnąć.
Halszka Opfer opisuje swoje dzieciństwo - bardzo brutalnie, nadzwyczaj realistycznie, nie szczędząc czytelnikowi odrzucających wręcz opisów (ojca zmusza ją do seksu oralnego, ojca molestującego ją jak miała trzy lata) . Pozwala czytelnikowi wręcz namacalnie doświadczać tego co ona kiedyś przeżyła, czegoś co dla mnie wydawało nie wręcz surrealistyczne. Autorka jest od najmłodszych lat ofiarą przemocy i molestowania ze strony ojca. Nie tylko ona, jej siostra i brat także narażeni są na ciągłe brutalne zachowania ojca. Najbardziej zaskakujące jest jednak podejście matki, która wiedząc o wszystkim pozwala krzywdzić własne dzieci i siebie. Nie próbuje nawet zapobiec upokarzaniu swoich najbliższych. Mała Halszka kocha jednak swoich rodziców tak bardzo, że robi wszytko aby się nią zainteresowali, aby odwzajemnili jej miłość. To tylko jeszcze bardziej pogarsza jej sytuacje. Ze strachu przed odrzuceniem nie jest w stanie postawić się własnemu ojcu i matce. W taki sposób nauczyła się też reagować we wszystkich innych przypadkach molestowania i przemocy. Tak, była molestowania nie raz, przez lekarza, księdza, kolegę chłopaka. Nie umiała się zupełnie bronić, nikt jej tego nie nauczył, nikt jej na to nie pozwolił. Nie otrzymała, także pomocy od nikogo, mimo że wiele osób otaczających jej rodzinę dokładnie wiedziało co się dzieje (ciotki, koleżanki matki)
Książka zawiera jeszcze bardzo wiele opisów sytuacji, które dla czytelnika nie mającego nigdy bezpośredniego doświadczenia z przemocą czy fizyczną czy seksualną wydają się nie do pojęcia. Przyznam szczerze, że po przeczytaniu mniej więcej jednej trzeciej książki byłam pewna, że to tylko fikcja literacka, nie mogłam uwierzyć w ilość cierpienia, zła i poniżenia jakie doświadczyła jedna dziewczyna. To wszystko było jednak tak dokładnie opisane, że nikt kto tego nie przeżył nie był by w stanie tego wymyślić.
Podsumowując bardzo polecam tę książkę, szczególnie osobom takim jak ja, które na co dzień mają lub będą miały stały kontakt z młodymi ludźmi. Jest to pozycja bardzo trudna wymagająca skupienia, w niektórych momentach mnie przerastała. Uczy z całą pewności wrażliwości, pokazuje że być może ktoś z moich znajomych, osób z którymi stykam się na co dzień nie miał tyle szczęścia co ja, a jego przeszłość nie wyglądała tak różowo.
Halszka Opfer poprzez swoją książkę zmusza do myślenia, nie da się przejść obok niej obojętnie.
Teraz czeka na mnie "Monidło" gdzie autorka opisuje swoje dorosłe już życie, które niestety także nie jest usłane różami.
niedziela, 11 października 2015
czwartek, 14 maja 2015
"Bóg nigdy nie mruga" - Regina Brett
Oj jak dawno mnie tu nie było, ale cóż za mało czasu na ogarnięcie wszystkiego.
Jednak nie spoczęłam na laurach i zgodnie z planem czytałam, czytałam, czytałam.
Dziś pierwszy zaliczony punkt z listy - poradnik. Z całą pewnością nie był to wybór przypadkowy. Zważając na fakt czym zajmuję się na co dzień do tego typu książek podchodzę z dużym przymrużeniem oka. Będąc w Empiku jeszcze przed Nowym Rokiem w oczy rzuciła mi się książka Reginy Brett "Bóg nigdy nie mruga". To była moja pierwsza książka przeczytana w 2015 roku.
Moje odczucia co do tej książki są bardzo pozytywne, ponieważ nie był to klasyczny poradnik, tylko raczej 50 inspirujący lekcji życia.
Poradnik, nie była narzucający. Sama treść nie opierała się na tym, że jeśli zrobisz taka i tak to będziesz szczęśliwy. Poszczególne "lekcje" miały raczej zachęcać do przemyśleń o tym co w naszym życiu ma wartość dla nas samych. Mi ta książka, zdecydowanie dodała skrzydeł do zmian. Najpierw takich drobnych małych kroczków w stronę szczęścia, które potem mam nadzieję, zamienią się już w duże kroki.
Reasumując, książkę czyta się "nie równo", przy lekcjach, które do mnie nie trafiały (a takie, też się zdarzyły), czytało się szybko, jednak "lekcje" jakkolwiek mnie dotykające zmuszały do, zatrzymania się na chwilę, drobnej refleksji. Mi przeczytanie jej zajęło ok. 2 tygodni, ponieważ zmuszona byłam robić przerwy(czytałam ją w styczniu, tuż przed sesją).
Polecam, szczególnie w czasie lekkiego przygnębienia, być może pozwoli komuś spojrzeć na życie z dystansem.
Jednak nie spoczęłam na laurach i zgodnie z planem czytałam, czytałam, czytałam.
Dziś pierwszy zaliczony punkt z listy - poradnik. Z całą pewnością nie był to wybór przypadkowy. Zważając na fakt czym zajmuję się na co dzień do tego typu książek podchodzę z dużym przymrużeniem oka. Będąc w Empiku jeszcze przed Nowym Rokiem w oczy rzuciła mi się książka Reginy Brett "Bóg nigdy nie mruga". To była moja pierwsza książka przeczytana w 2015 roku.
Moje odczucia co do tej książki są bardzo pozytywne, ponieważ nie był to klasyczny poradnik, tylko raczej 50 inspirujący lekcji życia.
Poradnik, nie była narzucający. Sama treść nie opierała się na tym, że jeśli zrobisz taka i tak to będziesz szczęśliwy. Poszczególne "lekcje" miały raczej zachęcać do przemyśleń o tym co w naszym życiu ma wartość dla nas samych. Mi ta książka, zdecydowanie dodała skrzydeł do zmian. Najpierw takich drobnych małych kroczków w stronę szczęścia, które potem mam nadzieję, zamienią się już w duże kroki.
Reasumując, książkę czyta się "nie równo", przy lekcjach, które do mnie nie trafiały (a takie, też się zdarzyły), czytało się szybko, jednak "lekcje" jakkolwiek mnie dotykające zmuszały do, zatrzymania się na chwilę, drobnej refleksji. Mi przeczytanie jej zajęło ok. 2 tygodni, ponieważ zmuszona byłam robić przerwy(czytałam ją w styczniu, tuż przed sesją).
Polecam, szczególnie w czasie lekkiego przygnębienia, być może pozwoli komuś spojrzeć na życie z dystansem.
niedziela, 25 stycznia 2015
Krem normalizująca- matujący Herbal Care
Każda kobieta posiadająca cerę tłustą lub mieszaną wie jak ciężko jest "utrzymać ją w ryzach", aby chwilę po zrobieniu makijażu się nie świecić. Ja jestem posiadaczką cery mieszanej i od zawsze boryka się z okropnym przetłuszczaniem skóry w okolicach nosa (czoło, brodę, policzki mam normalne). Bardzo długi czas szukałam kremu, który choć trochę pomógł mi z moimi problemem.
Będąc już znużona poszukiwaniami ok rok temu trafił w moje ręce krem normalizująca- matujący Herbal Care produkowany przez polską firmę Farmona, która nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach.
Według producenta jest to krem na dzień i na noc, ja jednak uważam, że skóra potrzebuje dwóch różnych kremów na dzień i na noc, więc ten stosuje tylko na dzień. Muszę powiedzieć, że nie jest to krem, który rozwiązał mój problem w całości. Jednak moja skóra zdecydowanie mniej się przetłuszcza, ale jednocześnie jest wystarczająco nawilżona. Krem nie powoduje u mnie żadnych wyprysków, nie zapycha, szybko się wchłania. Jest dość wydajny, jedno opakowanie starcza mi na ok. 3-4 miesiące regularnego stosowania, a jest to moje chyba czwarte opakowanie.
Niewątpliwie zaletą kremu jest jego bardzo przyjemny skład i jak obiecuje producent zawarte w w nim naturalne składniki aktywne.
Bardzo lubię kosmetyki tej firmy, bardzo często je polecam. Moja mama też stosuje kremy z tej serii tylko nawilżająco-wygładzający i jest zadowolona.
Zapomniałam dodać, że zaletą jest też śmieszna cena ok. 11 zł, przy czym ja dorwałam go w Hebe na promocji za 7 zł.
Będąc już znużona poszukiwaniami ok rok temu trafił w moje ręce krem normalizująca- matujący Herbal Care produkowany przez polską firmę Farmona, która nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach.
Według producenta jest to krem na dzień i na noc, ja jednak uważam, że skóra potrzebuje dwóch różnych kremów na dzień i na noc, więc ten stosuje tylko na dzień. Muszę powiedzieć, że nie jest to krem, który rozwiązał mój problem w całości. Jednak moja skóra zdecydowanie mniej się przetłuszcza, ale jednocześnie jest wystarczająco nawilżona. Krem nie powoduje u mnie żadnych wyprysków, nie zapycha, szybko się wchłania. Jest dość wydajny, jedno opakowanie starcza mi na ok. 3-4 miesiące regularnego stosowania, a jest to moje chyba czwarte opakowanie.
Niewątpliwie zaletą kremu jest jego bardzo przyjemny skład i jak obiecuje producent zawarte w w nim naturalne składniki aktywne.
Bardzo lubię kosmetyki tej firmy, bardzo często je polecam. Moja mama też stosuje kremy z tej serii tylko nawilżająco-wygładzający i jest zadowolona.
Zapomniałam dodać, że zaletą jest też śmieszna cena ok. 11 zł, przy czym ja dorwałam go w Hebe na promocji za 7 zł.
piątek, 16 stycznia 2015
Golden Rose velvet matte - matowy ulubieniec
W mojej kolekcji miałam do tej pory tylko jedną pomadkę Golden Rose. Lubię ją, choć zdecydowanie nie jest to szminka, po którą sięgałam jakoś często. Być może ze względu na kolor, który mnie nie porwał.
Pod choinką znalazłam Golden Rose velvet matte w kolorze 13. Szminka z nowej kolekcji tej firmy, w bardzo estetycznym bordowym opakowaniu trochę przypominającym Rimmel Kate.
Szminka ma piękny kolor ciemnego intensywnego różu, wpadającego w fuksjowy.
Mam kilka szminek w podobnych odcieniach jednak zawsze martwię się, że będą się szybko wcierały i jeśli tego nie zauważę moje usta będą wyglądały ja niepomalowane tylko obrysowane kredką . Ta szminka jest jednak tak trwała, że nie muszę się martwić, że w drodze na uczelnie zniknie z ust. W ciągu dnia musiała poprawić ją dwa razy - po jedzeniu oraz po wypiciu herbaty, co jest naprawdę dobrym wynikiem. Szminka jak sama nazwa wskazuje jest matowa, co nie każdemu odpowiada, moje usta jednak dużo lepiej prezentują się z matowym produktem na ustach. Niestety po całym dniu mam wrażenie, że moje usta są lekko wysuszone i moim zdaniem jest to jedyna wada tego produktu.
Warto też dodać, że kosztuje ona 10,90 zł co moim zdaniem jest ceną śmiesznie niską jak na tak dobry produkt.
Pod choinką znalazłam Golden Rose velvet matte w kolorze 13. Szminka z nowej kolekcji tej firmy, w bardzo estetycznym bordowym opakowaniu trochę przypominającym Rimmel Kate.
Szminka ma piękny kolor ciemnego intensywnego różu, wpadającego w fuksjowy.
Mam kilka szminek w podobnych odcieniach jednak zawsze martwię się, że będą się szybko wcierały i jeśli tego nie zauważę moje usta będą wyglądały ja niepomalowane tylko obrysowane kredką . Ta szminka jest jednak tak trwała, że nie muszę się martwić, że w drodze na uczelnie zniknie z ust. W ciągu dnia musiała poprawić ją dwa razy - po jedzeniu oraz po wypiciu herbaty, co jest naprawdę dobrym wynikiem. Szminka jak sama nazwa wskazuje jest matowa, co nie każdemu odpowiada, moje usta jednak dużo lepiej prezentują się z matowym produktem na ustach. Niestety po całym dniu mam wrażenie, że moje usta są lekko wysuszone i moim zdaniem jest to jedyna wada tego produktu.
Warto też dodać, że kosztuje ona 10,90 zł co moim zdaniem jest ceną śmiesznie niską jak na tak dobry produkt.
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Kruche, serduszkowe ciasteczka
Ostatnio było o książkach, ale wiadomo przecież, że zawsze miło czyta się z kubkiem gorącej herbaty i ciasteczkami, szczególnie w długie zimowe wieczory. Dlatego dziś przychodzę do was z przepisem na moje ulubione kruche ciasteczka.
Składniki:
2 szklanki mąki pszennej
0.5 szklanki cukru ( ja dodaje też cukier wanilinowy, ale to nie jest konieczne)
ok. 60 gram masła
ok. 60 gram margaryny
2 żółtka
(są to proporcje na mniej więcej dwie blachy, zależy od kształtu ciasteczek).
Na blachę rozwijam papier do pieczenia oraz włączam piekarnik ustawiony na temperaturę 190 stopni.
Masło oraz margarynę ( w temperaturze pokojowej lub lekko roztopione) mieszam z mąką, dodaje cukier (jeśli chcemy ciasteczka z lukrem polecam dodać mniej cukru) oraz żółtka. Ciasto ugniatam, dzielę na mniejsze części i rozwałkowuję by ciasto miało grubość ok. 3 mm. Następnie wykrawam ciasteczka (w moim przypadku wszystkie mają kształt serduszek).
Składniki:
2 szklanki mąki pszennej
0.5 szklanki cukru ( ja dodaje też cukier wanilinowy, ale to nie jest konieczne)
ok. 60 gram masła
ok. 60 gram margaryny
2 żółtka
(są to proporcje na mniej więcej dwie blachy, zależy od kształtu ciasteczek).
Na blachę rozwijam papier do pieczenia oraz włączam piekarnik ustawiony na temperaturę 190 stopni.
Masło oraz margarynę ( w temperaturze pokojowej lub lekko roztopione) mieszam z mąką, dodaje cukier (jeśli chcemy ciasteczka z lukrem polecam dodać mniej cukru) oraz żółtka. Ciasto ugniatam, dzielę na mniejsze części i rozwałkowuję by ciasto miało grubość ok. 3 mm. Następnie wykrawam ciasteczka (w moim przypadku wszystkie mają kształt serduszek).
Ja ciasto podzieliłam na na małe części, bo łatwiej było mi je rozwałkowywać, ale jeśli ktoś ma dużo miejsca to szybciej będzie jeśli podzielimy ciasto na większe części.
Następnie na blasze z papierem układam moje ciasteczka .
Wstawiam do rozgrzanego piekarnika na 18 -20 minut (wyłączam, gdy ciasteczka będą lekko brązowe). Ciasteczka wyjmujemy z piekarnika i studzimy. Ja tym razem polałam je lukrem.
Tyle zostało z pierwszej blachy ciasteczek po godzinie od wyjęcia z piekarnika, nie zdążyłam nawet wszystkich polać lukrem ;) To chyba najlepsze polecenie :)
czwartek, 8 stycznia 2015
Czytelnicze wyzwanie
Jako, że mamy styczeń, temat postanowień, zmian i wszelkiego rodzaju wyzwań jest bardzo aktualny. Post o postanowieniach już był, ale tym razem więcej konkretów z mojej strony.
W internecie od pewnego czasu krąży taki obrazek:
Przyznam szczerze, że bardzo mnie zaintrygował i postanowiłam spróbować przeczytać w tym roku, książki spełniające każde z tych kryteriów. Czy mi się uda, zobaczymy w grudniu ;)Z cała pewnością, będę jednak na bieżąco informowała na blogu o postępach w moim wyzwaniu.
W takim razie lecę czytać.
Papatki :*
sobota, 3 stycznia 2015
Nowy rok...nowe (stare) postanowienia
Przyszedł nowy rok, a wraz z nim coroczne postanowienia. Moje podsumowanie mijającego roku nie było smutne, bo muszę przyznać, że sporo z moich postanowień udało mi się spełnić. Może nie w całości, ale to co udało mi się naprawdę mnie satysfakcjonuje. Przede wszystkim udało mi się ćwiczyć przez sporą cześć roku 3-4 razy w tygodniu, co przy mojej bardzo słabej kondycji i niechęci do aktywności fizycznej na początku 2014 roku, jest naprawdę dużym osiągnięciem, udało mi się zrzucić ok. 7 kilogramów (jeszcze 7 przede mną). Bardzo poprawiła mi się cera dzięki zmianie pielęgnacji. Tyle jeśli chodzi o miniony rok.
Moje plany na ten nowy rok są związane głównie z moim rozwojem naukowym, mam zamiar aktywniej poszukiwać nowych źródeł wiedzy specjalistycznej dotyczącej moich studiów oraz ponownie rozpocząć naukę rosyjskiego, którego uczyła się dwa lata. Oczywiście zamierzam nadal ćwiczyć i schudnąć jeszcze 7 kilogramów do 21 marca (wszyscy pytają się dlaczego akurat ta data: po prostu to pierwszy dzień wiosny i chciałabym zacząć nowy sezon z inna wagą).
Mam też zamiar zacząć pisać tego bloga regularnie i naprawdę wierzę, że uda mi się tych postanowień dotrzymać ;)
Moje plany na ten nowy rok są związane głównie z moim rozwojem naukowym, mam zamiar aktywniej poszukiwać nowych źródeł wiedzy specjalistycznej dotyczącej moich studiów oraz ponownie rozpocząć naukę rosyjskiego, którego uczyła się dwa lata. Oczywiście zamierzam nadal ćwiczyć i schudnąć jeszcze 7 kilogramów do 21 marca (wszyscy pytają się dlaczego akurat ta data: po prostu to pierwszy dzień wiosny i chciałabym zacząć nowy sezon z inna wagą).
Mam też zamiar zacząć pisać tego bloga regularnie i naprawdę wierzę, że uda mi się tych postanowień dotrzymać ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)













